menu

Janusz Kubot: Łukasz w nagrodę dostanie pomidorową

17.07.2017, godz. 02:00
Janusz Kubot
Janusz Kubot foto: CYFRASPORT

To było najdłuższe pięć godzin w moim życiu. Mało brakowało, żebym dostał palpitacji serca. Kiedy po wszystkim patrzyłem na radość Łukasza, przed oczami stanęła mi cała ta długa droga, którą musiał pokonać, żeby dojść tam, gdzie jest - mówi z dumą tata Janusz Kubot (59 l.), tata Łukasza.

Super Express: - Jak przywitacie Łukasza?

Janusz Kubot: - Pomidorową żony Doroty, za którą syn przepada. Ze specjalnym makaronem, doprawioną po domowemu. Kiedy Łukasz do nas dzwoni, dopomina się, żeby mama nie zapomniała mu jej ugotować. Prezenty też będą, ale o tym jakie, zdecyduje Paula, siostra Łukasza. Syn mieszka w Pradze, więc kiedy tylko nas odwiedza, to lodówka pęka w szwach. Jest na diecie bezglutenowej, więc żona kupuje odpowiednie produkty i przygotowuje mu ulubione dania. Syn zabiera jedzenie ze sobą dla trenerów. Oni też są fanami kuchni Kubotów (śmiech).

- Pan, piłkarz i trener, nie patrzył krzywo, kiedy mały Łukasz, zamiast pójść w ślady ojca, postawił na tenis?

- Nigdy! Od małego imponowały mi jego samodyscyplina, ambicja i upór. Zawsze wiedział, czego chce, i do tego dążył. Teraz wtrąciłaby się w sprawę policja, że to brak opieki na dzieckiem, ale gdy Łukasz miał 10 lat, ja grałem w amatorskiej drużynie w Niemczech, a on sam podróżował PKS-em po całym Dolnym Śląsku. Codziennie dojeżdżał z Lubina na treningi do KKT Wrocław, jeździł na turnieje do Złotoryi, Legnicy. Upał, śnieg, deszcz. Nie miało znaczenia. Kończył szkołę, w autobus i na trening. Jego zaangażowanie robiło wrażenie na wszystkich. Od rodziny po Andrzeja Szarmacha i Andrzeja Strejlaua, z którymi potem pracowałem w Zagłębiu Lubin.

- Podkreślał pan, że nie byłoby sukcesów Łukasza bez pomocy Szarmacha.

- Na stadionie w Lubinie mieliśmy małą salkę. Kiedy kończyliśmy zajęcia z piłkarzami, ćwiczyłem tam z synem ogólnorozwojówkę. Szarmach, a potem Strejlau często przychodzili i obserwowali, jak Łukasz trenuje. Gdy młody miał 15 lat, dostał propozycję wyjazdu do Akademii Tenisowej w Teksasie. Szarmach zaproponował, że pożyczy nam pieniądze na czesne. To była bardzo duża kwota. Oddałem dopiero po dwóch latach, ale "Diabeł" nigdy się nie upominał, a Łukasz przez rok trenował z najlepszymi.

- Syn nie został piłkarzem, to może w pana ślady pójdzie wnuczek?

- Łukasz i Kasia (Piter, dziewczyna Łukasza, także tenisistka - przyp. autor) są szczęśliwą, zakochaną parą od trzech lat, ale na wnuczka będę musiał chyba jeszcze poczekać. Łukasz pewnie już by chciał dzidziusia, ale Kasia jest jeszcze młoda, chce grać. Syn to szanuje i akceptuje. Myślę, że Kasia miała duży wpływ na jego triumf na Wimbledonie. Łukasz jest szczęśliwy, w domu i w głowie ma poukładane, to może w pełni skoncentrować się na sporcie. I efekty widać!

autor: Rozmawiał Piotr Dobrowolski zobacz inne artykuły tego autora
WIĘCEJ SPORTU